Sro 15 Lis, 2006 01:01
Czcibor

Znalazłem takie informację na temat wydań:
Kod: Wydana została po raz pierwszy w 1749 r. w Gdańsku przez Leugnicha. Następne wydania to edycja Finkla i Kętrzyńskiego (1899) oraz obszerne wydanie ze wstępem i objaśnieniami R. Grodeckiego (1923).

Czy ktoś posiada informację o innych równie wczesnych (co dwa pierwsze z powyższych)? A także o tych które już wymienione zostały?
pozdrawiam



Nie 19 Lis, 2006 13:52
Czcibor

Z artykuły SCIENTISTS IN OLD GDANSK: 17th AND 18th CENTURIES, Andrzeja Januszajtisa:
Kod: Outside the Nature Society worked the greatest historian of old Gdansk – Gotfryd
Lengnich (1689–1774). At the age of 13 he was sent to Gniew to broaden his knowledge
of Polish language, then returned to Gdansk, graduated from St. Mary’s School, and since 1707 he studied at the Academic Gymnasium. In 1710 he went to Halle to study law and history: […] I listened to some of the famous professors there, yet as I studied mainly for myself, I expected to obtain more from staying with scientists and using their libraries than from listening to lectures. He also co-operated with the “learned” monthly magazine New Hallenic Library (Neue Hallische Bibliothek). In 1712 he obtained the title of licentiate, in 1713 the doctor’s title, and decided “to look for his luck” at the king’s court in Warsaw. On
his way there he visited Gdansk… and remained here till the end of his life. At first he was jobless, so he used the time to learn as much as possible about the history and constitutional law of Poland, Prussia and Gdansk. In 1721 the Council asked him to continue the 16th century History of Prussia by Casper Schutz. In 1729 Lengnich became the professor of the Academic Gymnasium, in 1738 – an honorary member of the Petersburg Science Academy, in 1740 – the court councilor for the king August III, and finally in 1750 – the syndic of the City of Gdansk. In this office he showed an incredible ability in approaching difficult or delicate matters. Among all these duties he did not neglect science. In the years 1722–1753 he published his fundamental, 9-volume History of Royal Prussia. As a tutor of the sons of voivode Poniatowski, including the future king Stanislaw August, he wrote for them the History of Poland since the Times of Lech till the Death of August II, which was published twice (in 1740 and 1750) and also translated into German. It is worth mentioning here that the first known handbook of Polish history entitled Polish Flower (Florus Polonicus) appeared in 1641 in Leyden. It was written by Joachim Hirtenberg-Pastorius (1611–1681) – the Academic Gymnasium professor (since 1655), St. Mary’s vicar (since 1678) and the Kujawian bishop’s official.
Lengnich also published a very valuable study of the law of Poland, Polish (Royal)
Prussia and the outstanding Public Law of the City of Gdansk, which was published only in 1900. Among the many collections of treaties and speeches a permanent value keeps the 1749 edition of the Chronicles of Kadlubek and Gall Anonim.
In 1718 Lengnich started publishing the first in Poland science magazine Polish
Library (Polnische Bibliothek) devoted to the history of Poland. Tannenberg (Stębark) was mentioned as the place of publication, where Jagiello defeated the Teutonic Knights. His aim was to clear the history of his Fatherland (original “Vaterland”) of the obvious lies and present it in the true light. He was also the founder of the first in Poland Learned Society (Societas Literaria), which worked in the years 1720–1727.

Sob 25 Lis, 2006 20:05
Alicja

Podaję "namiary":
Tadeusz Grudziński, Ze studiów nad Kroniką Galla. Rozbiór krytyczny pierwszej księgi (cz. I), w: Zapiski Towarzystwa Naukowego w Toruniu, T. XVII (1952), z. 3 - 4, s. 69 - 113 i odb. s. 1 - 45
Idem, Ze studiów nad Kroniką Galla. Rozbiór krytyczny pierwszej księgi (cz. II), w: ZTNT, T. XX (1955), z. 1, s. 29 - 100

Teksty stare, ale nadal aktualne.

Wto 12 Gru, 2006 18:40
Czcibor

Podaję "namiary":
Tadeusz Grudziński, Ze studiów nad Kroniką Galla. Rozbiór krytyczny pierwszej księgi (cz. I), w: Zapiski Towarzystwa Naukowego w Toruniu, T. XVII (1952), z. 3 - 4, s. 69 - 113 i odb. s. 1 - 45
Idem, Ze studiów nad Kroniką Galla. Rozbiór krytyczny pierwszej księgi (cz. II), w: ZTNT, T. XX (1955), z. 1, s. 29 - 100

Teksty stare, ale nadal aktualne.
Polecam gorąco. Bardzo ciekawa praca

Znalazłem jeszcze kolejne wydania - z 1824r. Jana Wincentego Bandtkiego, Warszawa. A także Zygmunt Komarnickiego z 1873 roku także wydana w Warszawie.



Sro 13 Gru, 2006 20:40
Alicja

Kolejna porcja analiz (fragmentów) Cronica et gesta ducum sive principium Polonorum:

Skwierczyński Krzysztof, Kronika Galla Anonima, w: Recepcja idei gregorianizmu w Polsce do początku XIII w., Wrocław 2005, s. 119 - 146 (problem konfliktu Bolesława Szczodrego z biskupem Stanisławem)

Tyc Teodor, Z średniowiecznych dziejów Wielkopolski i Pomorza, Poznań 1997
(Przedruk fotooffsetowy, oryginalnie: Poznań, PTPN 1924-1927; jest to zbiór prac nieco niedocenionego historyka okresu międzywojennego, w jednej z nich porusza on problem konfliktu Krzywoustego ze Zbigniewem - napisane czarującą polszczyzną )

Pią 09 Lut, 2007 23:30
Czcibor

Wydania:
1. Gotfryd Lengnich, Gdańsk 1749r., wydany wraz z skrótem z Kadłubka, pt. "Vincentius et Martinus Gallus Scriptores historiae Polonae vetustissimi"
2. Mitzler de Kollof, Warszawa 1769r., w "Historiarum Poloniae et Magni Ducatus Lithuaniae collectio magna"
3. Jan Wincenty Bandtki, Warszawa 1824r., "Martini Galli Chronicon"
4. Kopek i Szlachtowski, 1851r., w "Monumenta Germaniae Historica"
5. Jacques Paul Migne, w "Patrologiae Latinae cursus completus" T. CLX (po 1851r. brak konkretniejszych informacji)
6. Agust Bielowski,1864r. w "Monumenta Poloniae Historica"
7. Zygmunt Komarnicki, Warszawa 1873r., "Kronika Marcina Galla"
8. L. Finkel i St. Kętrzyński, 1899r.,
9. Roman Grodecki., 1923r
10. Karol Maleczyński, 1952r., "Anonima tzw. Galla Kronika czyli dzieje książąt i władców polskich" w "Monumenta Poloniae Historica. Series nova. Pomniki dziejowe Polski", t.2.

i

11. Kronika. Podobizna fotograficzna rękopisu Zamoyskich z XIV w. Wstęp Julian Krzyżanowski. Warszawa 1948 Tow. Naukowe W-wskie
__________________________________________________________________________________________________________
Jak na razie tyle mi się udało znaleźć.
pozdrawiam

Wto 15 Maj, 2007 11:24
Czcibor

Udało mi się nabyć kolejny fetysz Gallowy Rzecz nazywa się Gall Anonim Wielkie Czyny Bolesława Krzywoustego, Warszawa 1948 w przekładzie Elżbiety Sadzewicz. Nie jest to co prawda cała kronika przetłumaczona (tylko fragmenty o Krzywoustym) i jest to przekład dość wolny ale nie wątpliwie ciekawy bo tłumaczenie stara się naśladować zawarty w orginale łacińskin tok zdań, rytmikę i stosowanie rymu.

Wto 15 Maj, 2007 15:45
Storm

Wydanie Grodeckiego zostało wznowione w 2003 przez Wydawnictwo Ossolińskich - mam takie w swojej biblioteczce.

Wto 15 Maj, 2007 18:44
Czcibor

Grodecki to sporo razy był wydawany
1965 (Ossolineum)
1968 (Ossolineum)
1975 (Ossolineum)
1982 (Ossolineum)
1996 (Ossolineum)
1988 (Kama)
Głowy też nie dam, ale coś mi świta, że Ossolińscy wydali też w 1948r.

edit: oczywiście pierwsze wydanie to 1923 rok, jak już wyżej pisałem

Wto 15 Maj, 2007 18:59
Storm

No ja wiem, mi chodzilo bardziej o to, ze spokojnie mozna kupic jego tlumaczenie w ksiegarni, a nie jedynie w antykwariacie

Wto 15 Maj, 2007 19:13
Czcibor

Co to, to tak
A coby cosik jeszcze dorzucić do jednego z moich ulubionych tematów:
Cytat:
Kto uznał, że forma Gall Anonim jest jedynym właściwym zapisem?
O znanym kronikarzu można przeczytać - Gall Anonim, Anonim zwany Gallem (przełom XI i XII w.), autor najstarszej kroniki polskiej w języku łacińskim. Przypuszczalnie był Francuzem (stąd nazwa Gall).
Nieznany z imienia, autor najstarszego znaczącego dzieła polskiej historiografii średniowiecznej napisanego po łacinie, został przez Marcina Kromera (1512-1589), nazwany Gallem. Kromer doszedł do wniosku, że jej autor był Francuzem i dlatego nazwał go Gallusem (łac. Gallus - Francuz) i od XVI wieku - za sprawą Kromera - przydomek ten się przyjął.
Prześledźmy poniższe rozumowanie.
Galia - nazwa nadana przez Rzymian obszarowi zamieszkanemu przez plemiona celtyckie. Po podboju Galia (łac. Gallia) została podzielona na kilka prowincji: Galia Przedalpejska (Gallia Cisalpina) znana też jako Galia Bliższa (Gallia Citerior); Galia Zaalpejska (Gallia Transalpina), znana jako Galia Dalsza (Gallia Ulterior). Widoczne różnice - po polsku Galia, w wielu innych językach (nie tylko w łacinie) - Gallia.
Przy okazji spójrzmy na nazwy innych francuskich krain historycznych, np. - Owernia/Auvergne, Sabaudia/Savoie, Langwedocja/Languedoc. Kraina Limousin powinna nazywać się po polsku Limuzynia/Limuzynii. Chyba ładniej, niż Limuzyna, a tak właśnie mawiają w wielu językach (limousin) na duży, luksusowy (często bajerancki) samochód osobowy.
Galinizm to metoda ułatwiająca początkową naukę muzyki (opracował Francuz Galin). GAL (Gdynia-America Line) to przedwojenna polska linia żeglugowa. Podobnie piszemy gal (jednostka przyspieszenia liniowego w układzie CGS na cześć Galileusza). W tych przypadkach nie mamy problemów z pisownią (oczywiste a pojedyncze l). Problemy zaczynają się (choć je rozwiązano zgodnie z polskim językowym zwyczajem) z nazwą pierwiastka gal - piszemy identycznie, mimo że wyraz źródłowy posiada zdwojenie tej litery (łac. gallium od łac. Gallia - kraina Galów, obejmująca głównie tereny obecnej Francji). Co ciekawe, odkrywca tego pierwiastka, Paul Émile Lecoq de Boisbaudran, przy okazji uczczenia starej nazwy swej ojczyzny, nawiązał do swego nazwiska, bowiem le coq to 'kogut', czyli po łacinie wspomniany gallus (wszak kury, indyki oraz inne drobiarskie ptactwo, w naukowej nomenklaturze zawierają nazwę... Gallus), zatem ugrylował dwa problemy na jednym grylu (chyba nie - ugrillował dwa problemy na jednym grillu?!).
Jeśli świadomie ustalono, że termin Gal/gal ma więcej niż jedno znaczenie, jeśli zrezygnowano z postaci Gall/gall, to oznacza, że zasady tworzenia polskich wyrazów uznano za ważniejsze niż ryzyko ewentualnych nieporozumień. Zatem przyjęcie owego wyrazu do naszego słownika (niezależnie od pochodzenia - l/ll) powinno być na tyle sugestywne, aby ustalić pisownię podobnych wyrazów w sposób podobnie jednoznaczny, czyli z jednokrotną literą l!
Podobnie jest z wyrazem galon. Z języka francuskiego to naszywka ozdobna (przy mundurach), zaś z angielskiego - jednostka objętości, choć w oryginałach pisane na dwa sposoby (fr. galon, ang. gallon). Aby uchronić się przed nieporozumieniami można było wprowadzić polskie słowa galon/gallon, jednak zrezygnowano z owego rozróżnienia - ponownie zwyciężyła jedna z zasad tworzenia polskich wyrazów, nawet za cenę nieporozumień. Ponadto mamy kolejne znaczenie słowa gal - to również galon jako wspomniana jednostka (zatem ponownie nie gall!).
Czy może być kraina Gallia z Galami albo Galia z Gallami? Czy znamy podobne przypadki? Czy zaaprobowalibyśmy nazwę państwa Hollandia z mieszkańcami Holendrami albo nazwę Holandia z Hollendrami?
Legendarny żaglowiec-widmo to Latający Holender (ang. Flying Dutchman). Jego pojawienie się wróżyło śmierć. Tym imieniem nazwano klasę jachtu. Ryszard Wagner skomponował operę (niem. Der Fliegende Hollander). W wielu językach Holender/holender ma zdwojone l (również ros. gołłandiec), jednak niezależnie od znaczenia (żaglowiec, figura sportowego łyżwiarstwa, mieszkaniec Holandii) przyjęto "polski pojedynczy punkt widzenia - pisania i mówienia".
Wyraz hol piszemy z pojedynczym l, niezależnie od znaczenia - 'lina do holowania' oraz 'przedpokój, korytarz', choć pierwsze pochodzi z języka niemieckiego (jedno l), zaś drugie - z angielskiego (hall 'sala'; przy okazji - zapomnijmy o "polskim" wyrazie hall [hol]!).
W naszym języku zdwojone l występuje, jeśli wyraźnie je wymawiamy (Allach/Allah, ballada, flotylla, idylla).
Powróćmy do Galów. Wielu władców nosiło to imię, które może dzisiaj śmieszy wspomnianą ptasią drobnicą, ale kiedyś było powodem do dumy. Niejaki Gallus Flavius Claudius Constantius Iunior (III w.) był synem Juliusza Konstancjusza i Galii (syna określono po łacinie, ale dane rodziców spolszczono).
Nawet starożytną nazwę spolszczono zgodnie z zasadami naszego języka - Juliusz Cezar o wojnie galickiej rzekł był: Gallia est omnis divisa in partes tres (cała Galia dzieli się na trzy części). Opisując dzieje sprzed ok. dwóch tysięcy lat, encyklopedia Wiem/Onet stosuje jedynie pojedyncze l. Oto kilka przykładów: Konstantyn III - uzurpator w Galii (V w.); Postumus (?-269) - uzurpator rzymski w Galii; Dionizy (?-280), święty (Saint Denis) - apostoł Galii, patron Francji; Auzoniusz (ok. 310-395) - poeta i retor rzymski, działający w Burdigali w Galii (obecnie Bordeaux we Francji); W V w. p.n.e. tereny Francji opanowały celtyckie plemiona Galów, którzy wyparli pierwotną ludność - Iberów i Ligurów; Skłócone państewka Galów zostały podbite przez Rzymian w I w. p.n.e.
Zatem, mimo że słownictwo dotyczy czasów starożytnych, to jednak zastosowano nazwy - Galia, Gal, galijski (nie - Gallia, Gall, gallijski, choć mamy Tallin/talliński).
Tamże jednak można znaleźć pewne niekonsekwencje, choćby: Grzegorz z Tours (538/539- 593) - kronikarz gallorzymski. Pochodził ze starej, zromanizowanej galijskiej arystokracji.
W 1530 założono w Paryżu szkołę wyższą - Collegium Regium Galliarum. W 1795 zmieniono jej nazwę na College de France, co jedynie potwierdza związek Galia/Francja (Gallia/France). Jeśli na cześć oryginalnej nazwy wspaniałego kraju (France) napiszemy - Dwie urocze France zwiedzały Polskę, to spostrzeżemy, że sympatyczna obca nazwa może stracić całą swą elegancję w naszym języku (i zapewne może zaistnieć sytuacja odwrotna). Nie musimy, a nawet nie powinniśmy, zbyt kurczowo trzymać się wyrazów źródłowych... Przy okazji zauważmy, że mamy już polskie terminy kolegium oraz koledż.
Kapłani praktykujący nietuzinkowe formy kultu to gallowie. Oczywiście, powinni nazywać się galowie w symbolicznym odróżnieniu (wielkość pierwszej litery) od mieszkańców Galii (kapłan to gal, zaś współplemieniec - Gal). Istnieje szereg podobnych a niejednoznacznych par - belg/Belg, japonka/Japonka, szwajcar/Szwajcar, żyd/Żyd.
Wiele encyklopedii i słowników podaje terminy (powołując się na nazwę mieszkańca GaL) - gaLomania, gaLofil (zamiast L umieszczając a to pojedyncze, a to zdwojone l). Nie pora wymieniać i zawstydzać autorów owych poradników niekonsekwencją językową, która pozwala im na umieszczenie hasła galicyzm, ale gallikanizm (ruch religijno-polityczny we Francji; fr. gallicanisme) oraz gallikanin, i to w... jednym dziele!
Natomiast Słownik wyrazów obcych (red. Kopaliński) nie toleruje omawianych zdwojeń zamieszczając - Gal-, Galo- w złożeniach: Francja; Francuzi: galoman (frankofil, zwolennik, entuzjasta Francji, Francuzów), galicyzm (wyraz, zwrot, konstrukcja składniowa przejęte z języka francuskiego albo wzorowane na nim), galofob (człowiek niecierpiący Francji, Francuzów), galijski kogut (symbol Francji) i powołuje się na fr. gallicisme 'galicyzm' z łac. gallicus 'galijski' od Gallus 'Gal, mieszkaniec starożytnej Galii'. Nie pozostawia zatem złudzeń, że w naszym języku, wszystkie słowa pochodzące od Gallus, powinny mieć wyłącznie pojedyncze l.
Gallina (łac. gallina - 'kura' lub 'kobieta galijskiego pochodzenia') - imię żeńskie pochodzenia łacińskiego, odpowiednik męskiego imienia Gaweł. W naszym języku forma ze zdwojeniem ll akceptowalna jedynie w przypadku jego wymawiania. W języku rosyjskim - Gala, Galina, które u nas przyjęło postać Halina (również - Hala, Halka).
Także galas (roślinna narośl) ma pojedyncze l, mimo łacińskiego zdwojenia.
Turecki półwysep Gelibolu to dawne greckie Gallipoli. Nowi włodarze nie przejęli się dwoma l, nazwę ustalili według swoich zasad (każdy język powinien kierować się swymi regułami; również mamy podobny przykład - Olsztyn/Allenstein). Polskie nazwy geograficzne mają zredukowane l - AntyLe, BrukseLa, DardaneLe, HoLandia, KordyLiery, MarsyLia, SeszeLe, WeLington, WersaL. Co ciekawe - francuska nazwa (Pays de) Galles to po polsku... Walia.
Gdyby przyjmowano do naszego słownika obce wyrazy wraz z ich oryginalnymi zdwojeniami litery l, mielibyśmy ponadto - aLasz, baLast, baLotaż, biLion, brajL, bruceLoza, bryLant, doLar, futboL, gaLareta, gaLeria, gaLop, goryL, iLuzja, inteLekt, kadryL, kanceLaria, koLaż, koLektor, koLizja, koLokwium, MakiaweL, maksweL, miLenium, noweLa, oscyLator, pawiLon, porceLana, pugiLares, puLower, skalpeL, syLaba, szrapneL, tyraLiera, weLingtonia, wiolonczeLa, woLej, żyLetka (zamiast L=l zapisywalibyśmy L=ll).
Do tego zbioru można śmiało przenieść słowo gryL (w ślad za bliskoznacznym grylaż/grillage), które jeszcze dzisiaj jest pisane żywcem z języka angielskiego jako grill, choć mogło być jeszcze gorzej, bowiem z języka francuskiego grille a. grillé, co uniemożliwiłoby przyjazną polską deklinację...
Skoro zdecydowaliśmy się na redukcję jednego z l w nazwach pierwiastka i mieszkańca, to powinniśmy konsekwentnie pisać (i wymawiać) pojedyncze l w wyrazach pochodzących z jednego źródła.
Zatem w obcych językach Gallus Anonymus (lub podobnie), ale po polsku jedynie Gal Anonim! Wszak mamy pary - George Washington oraz Jerzy Waszyngton, John Wycliffe oraz Jan Wiklif, Nicolai Copernicus oraz Mikołaj Kopernik, William Shakespeare oraz Wiliam (jest takie polskie imię!) Szekspir. Nie mieszajmy polskich imion z niepolskimi nazwiskami (i odwrotnie) - nie Mikołaj Copernikus oraz nie Nicolai Kopernik, zatem nie Gal Anonymus oraz nie Gall(us) Anonim!
Na witrynie Wydawnictw Szkolnych PWN czytamy - Utarło się pisać Gall Anonim przez dwa "l" wbrew regule spolszczania nazw i dziś już wszystkie słowniki są zgodne, że Gal to mieszkaniec Galii, a Gall Anonim to autor najstarszej polskiej kroniki. Zatem dziwna to moralność polonistów - przyznano wprawdzie, że jest to wbrew zasadzie, ale w swoim orzeczeniu RJP uznała, że forma Gall Anonim jest jedynym właściwym zapisem (w niektórych tekstach spotykamy się z pisownią Gal), a mogła przeprowadzić rozumowanie podobne do niniejszego. A cóż to znaczy - jedyny właściwy zapis? Epokę jedynych właściwych poglądów pamiętają jeszcze profesorowie polonistyki, którzy ongiś krytykowali (zapewne...) nieomylność pewnej partii, ale obecnie (w ramach swej zmonopolizowanej językowej rady) właśnie narzucili swój pogląd starym jeszcze zwyczajem, i to... błędnie!
Po powyższych rozważaniach

proponuję uznać formę
Gal Anonim
za najwłaściwszą w języku polskim.

My, Polacy, przyzwyczajeni jesteśmy (w wielu dziedzinach, również w naszym języku) do omijania prawdy, stosowania wybiegów i przymykania oczu na oczywiste manipulacje... Taki polski (tu językowy) galimatias (gallimathias), który (niejako przy okazji...) również wywodzi się od rozgardiaszu i nieporozumienia z kogutem Mateusza (lub Macieja, jednak nie Kromera, który zainicjował omawiany spór).
Z poważaniem Mirosław Naleziński

PS Jakie imię i nazwisko powinien nosić słynny polski (gdański) astronom Jan Heweliusz (XVII w.)? Jak wyglądał jego własnoręczny podpis? Może Johannes Hevelius albo Hewelke, Johann Hewel albo Howelcke... A nasza pisarka Konopnicka to Marja czy Maria?

Artykuł pochodzi z strony: http://www.mirnal.neostrada.pl/galanon.html

Czw 31 Sty, 2008 22:34
Czcibor

Artkuł z "Plus Minus" Rzeczypospolitej, autorstwa Stefana Bratkowskiego:
Cytat:
Odnaleźć Galla Anonima
09.05.1998, SB
HISTORIA: Przesłonięta wątkiem sensacyjnym typu Alistaira McLeana kryje się w jego tekście inteligentna dydaktyka adresowana do władcy i jego otoczenia: chcesz być wielki, bądź jak Bolesław Chrobry

Odnaleźć Galla Anonima (3)

STEFAN BRATKOWSKI

Gall Anonim nie był we wszystkim aż tak nieuchwytny, jak się nam zdawało. Pełnej egzegezy prawno-państwowej jego tekstu nie przeprowadzono - moi nauczyciele historii prawa i ich nauczyciele uważali snadź, że należy autora "Kroniki" pozostawić historykom życia politycznego i znawcom literatury, ci znowuż nie pokwapili się do szerszych studiów nad historią myśli prawno-państwowej. Stąd, choć napisano wręcz książki "o monarchii Gallowej", nikt nie dostrzegł, że na łamach "Kroniki" zapisano narodziny polskiej doktryny państwa, która określiła rozwój ziem polskich na całe wieki, a być może nawet - po dzień dzisiejszy.

Paweł Jasienica, który dziejom państwowości polskiej spory kawał życia poświęcił, Gallem Anonimem interesował się niemal wyłącznie jako źródłem wiedzy o polityce jego czasów. Ukazał go jako pisarza-publicystę. To spojrzenie zawodowca, młodszego o 800 lat kolegi po fachu, było bardzo cenne - choćby w uwagach, że nie pisał "Kroniki" młodzieniaszek i że nie powstała ona w kilka tygodni jako wolna kompozycja artysty.

W swoich "Trzech kronikarzach" fascynował się Jasienica inteligencją Galla Anonima, radzącego sobie z tematami w zawodowym języku publicystów "nie do ugryzienia". To prawda: Gall Anonim bezpłodność zamienił w atrakcję cudu.

Nie przemilczał zbrodni,

ale potrafił "sprzedać" ją od strony chwalebnej pokuty za nią. Podał rzeczowe informacje o sądzie nad przyszłym św. Stanisławem, pozwalając się tylko domyślać swoim przemilczeniem, że biskup spiskował z ojcem jego bohatera - przeciwko władcy tak pyszałkowatemu i tak wobec wszystkich wzgardliwemu. I potrafił bez kłamstwa napisać tekst, pomawiany przez mało inteligentnych, przepraszam, czytelników, o "panegiryzm" (tak, i to zarzucali "Kronice" nasi współcześni).

Mnie fascynuje, czy może raczej - zastanawia, coś innego. Tu muszę nie zgodzić się z czcigodnymi klasykami Gallowego tematu, niestety, dawno nieżyjącymi, historykiem sztuki, Mieczysławem Gębarowiczem i wielkim Romanem Grodeckim, którego przekład Marian Plezia jedynie już korygował, przygotowując wznowienie. Otóż i Gębarowicz, i Grodecki, wskazują, biorąc za podstawę list papieża Paschalisa II do arcybiskupa Marcina, że i Marcin, i nasz Gall Anonim, i sam Paschalis, przez terminy "rex" i "regnum" rozumieli "władcę" i "państwo", a nie "króla" i "królestwo".

Marcin w liście do papieża nazywał Polskę "regnum", choć jej władców, których zwał "reges", od czasów Bolesława Śmiałego nie namaszczano królami; tych samych zaś terminów używał w odpowiedzi papież. Tak, zgadza się. Aliści przytoczona wyżej interpretacja tego faktu jest zgoła błędna i nie trzeba nawet studiów z zakresu historii doktryn politycznych, by się o tym przekonać. Wystarczy bez powziętych z góry pewników czytać Galla Anonima. Marcin bynajmniej się nie przejęzyczył, ani też nie mylił pojęć i słów. A już Gall Anonim precyzyjnie za każdym razem rozróżniał "królów" i "książąt".

Przykład? W tych wojennych czasach wojna, do tej pory nieustanne przekleństwo ludu, zakazywana i ograniczana "pokojem Bożym", kościelnym systemem Treuga Dei, staje się, jeśli skierowana przeciw poganom, służbą Bogu, rzeczą chwalebną, "wojną sprawiedliwą". Dobrze jest zatem pisać - obok Ewangelii - "wojny królów i książąt" (co wypada nawet komuś, czyj tryb życia, widać nazbyt andegaweński, nie budzi aplauzu). I wręcz chwalebne jest opowiadać "po szkołach i pałacach" o rycerskich dziełach i zwycięstwach królów czy książąt, bo to "zagrzewa do dzielności serca rycerzy".

Frank z "Francji" Kapetyngów, gdzie namaszczony boskimi olejami król przyłożeniem ręki leczy skrofuły, otóż ten Frank doskonale wie, co znaczy "król". Jemu się nie może pomylić - jak i nikomu z biskupów Francji. Duchowieństwo "Francji" od paru już pokoleń uczy, jak pisałem, Galię regalizmu i rojalizmu. A podobnie będzie i w Polsce, choć na inny sposób: duchowni będą uczyli swych rodaków poczucia więzi państwowej.

Grunt dla niej znajdą, nawet przy braku sukcesywnie koronowanych głów państwa, w "regnum". Raz na zawsze je ustanowiła nie koronacja Bolesława Chrobrego, lecz - decyzja Ottona III (nie "Rudego", wbrew kronikarzowi i Jasienicy; "Rudy" był ojciec, Otto II; Otto III, syn Greczynki Teofano, w ogóle nie wyglądał na Sasa). Chodzi - jednoznacznie - o "królestwo", nie o "księstwo", "hrabstwo" czy władztwo jakichś "palatynów" lub "comesów". Królestwo, regnum. To się stwierdza jednoznacznie, żadnych wątpliwości być nie może: Bolesław "sprawował rządy nie nad księstwem, lecz nad wspaniałym królestwem".

Kto to wymyślił, ów Franko, arcybiskup Marcin, kanclerz Michał czy sam bajecznie inteligentny autor "Kroniki", dociekać trudno. Ale w "Kronice" ideologię "regnum" jako instytucji niezbywalnej, niezależnej od samego aktu koronacji, Gall Anonim expressis verbis formułuje. I doprawdy nie wiem, jak to można było przeoczyć.

Odpowiadające tej doktrynie słownictwo reprezentuje również arcybiskup Marcin. Papież Paschalis II nie koryguje słownictwa Marcina - jak na tym tle przypuszczać można, nie tylko z braku bliższych wiadomości. I nie z politycznego oportunizmu.

Paschalis II, dzielny benedyktyn Raniero z Rawenny, znowuż - człowiek z ludu, plebejusz, ale dumny i nieugięty w swej papieskiej roli, użera się na tronie papieskim z coraz nowymi kłopotami i nie rezygnuje z programu niezależności Kościoła od władzy świeckiej (nie będzie nam cesarz mianował biskupów). To zwalcza schizmy z ich antypapieżami, to wyklina cesarzy, to jego samego cesarz więzi; zakończy owe przepychanki - dopiero po jego śmierci - konkordat wormacki w roku 1122.

Tę ugodę przygotował intelektualnie - Iwo z Chartres, jeden z największych ludzi epoki, nieobecny w ogóle w tomach Runcimana o wojnach krzyżowych tego czasu. Ideę podziału ról między hierarchami Kościoła i władcami Gall zresztą zna i sam wykłada - choć uważa władztwo tych pierwszych za wyższej rangi, jako że łaski boskie są czymś więcej niż łaski świeckie... Dla ziem polskich nie ma to większego praktycznego znaczenia - Kościół w Polsce długo jeszcze będzie żył dzięki łaskawości władców i stary arcybiskup Marcin poważnie się zawaha, czy może, przyjmując paliusz od Paschalisa, złożyć mu przysięgę wierności...

Narodziny polskiej doktryny państwowej,

owo "regnum", to nie pusta ciekawostka historyczna bez dziejowych konsekwencji - ta właśnie doktryna w sto kilkadziesiąt lat później sama zjednoczy Polskę w jedno państwo. Bo nie żadni książęta; toć żadnemu nie starczyło potęgi, by sobie cały kraj podporządkować. Nie, zrobi to ideologia. "Ciało królestwa" ma się w XIII wieku zrosnąć, jak zrosły się członki św. Stanisława. Polska była Polską Piastów dosyć niedługo, potem to oni będą Piastami Polski, których się osadza na tronie książęcym, albo i spędza z niego bez pardonu. "Regnum" istnieje niezależnie od nich. Oni go nawet nie symbolizują, ani też nie będą jego właścicielami.

Idea "regnum" wiąże się u Galla Anonima ze stricte rzymskimi pojęciami, takimi jak "patria", ojczyzna, czy też "wolność", pojmowana nie jako wolność osobista, ludzi "wolnych", lecz wolność kraju, kraju wielekroć napadanego, ale nigdy "przez nikogo nie ujarzmionego w zupełności", wolność "starodawna". Ideał rzymski przywoła zresztą autor bezpośrednio i otwarcie.

Swoją drogą - czy przesadzał autor "Kroniki" lub konfabulował, kiedy przypisywał Krzywoustemu agitacyjne mowy do swych rycerzy przed bitwą, akcentujące tę wolność i rzymskie rozumienie ojczyzny, dla której warto zginąć lub żyć? Cóż, dobry wódz od starożytności aż po wiek XIX - jak pouczał jeszcze Kościuszko (zainteresowanych odsyłam do swego studium kwalifikacji profesjonalnych naszego bohatera narodowego) - przemawiał do swoich ludzi, zagrzewał ich do boju, agitował perspektywą zdobyczy lub czystej satysfakcji zwycięstwa; to należało do warsztatu zawodowego dobrego wodza. Pytanie, co Krzywousty mówił swoim wojakom naprawdę. Otóż myślę, że wojenna ksenofobia obronna uwiarygodniała takie argumenty, jak obrona "ziemi ojców" i wspólnej wolności od obcych rabunków. Jeżeli chłopi pomagali bić wojska Henryka V, to raczej nie jako patrioci, lecz jako dotknięci uciążliwością rabunków, gwałtów, mordów i pożarów. Jeżeli Gall Anonim przyznaje Pomorzanom pełne prawo do obrony swojej "ojczyzny", to dlatego, że ci Pomorzanie wcale nie mieli ochoty na ucisk ze strony polańskich łupieżców, gwałcicieli i podpalaczy.

Tak czy inaczej, wtedy właśnie rzymskie idee zakorzenią się w Polsce, przynajmniej wśród elity kraju; po niecałych stu latach Wincenty zwany Kadłubkiem (a był Kadłubowicem) będzie operował pojęciem "rzeczpospolitej", pojawi się w jego tekście "res publica", "regnum" stanie się "rzeczą publiczną". Nie przypadek: już w "Kronice" Galla Anonima Wszechmocny Bóg, "król królów i książę książąt", nie ustanawia sam Sjemowita księciem Polski, ale "concorditer", za powszechną zgodą "sjemu" (drugi przypadek od "sejm" aż wiek XVI). To jedno słówko zmienia optykę całego ustroju późniejszego państwa władców "z przyrodzenia". Zaczęło się od sjemu wszystkich wolnych i ten sejm razem z Panem Bogiem dał władzę - synowi wieśniaka! Nasz kronikarz opisuje wojny -

ku nauce w szkołach i pałacach.

Nie z handlu w tej epoce rodzi się bogactwo, dla bogactwa trzeba przede wszystkim skutecznie wojować. Króla czy księcia, który to umie, chce nasz kronikarz opiewać, bo też o takich warto pisać - tego najpewniej oczekują słuchacze, tacy sami potencjalni rozbójnicy lub pogromcy rozbójników. Autor sam, nie ukrywajmy, reprezentuje typową dla epoki rozbójniczą mentalność, lubuje się w morderczym słowniku, a rozbójniczy rynek słuchaczy decyduje. I to się lepiej, prościej, nie ukrywajmy, daje opowiadać; łatwizna, zgoda, ale też to "idzie", czego mamy najlepszy dowód w dzisiejszej produkcji telewizyjnej. Więc i "Kronika" Gallowa to nie traktat dla wybranych, to nie jakieś ezoteryczne rozważania filozofa, to powieść faktu dla wszystkich, "Trylogia" dla wieku XII. Z etnocentrystycznymi urazami, których i "Trylogii" nie brakuje: Rusinów autor nie lubi, są paskudni i wyraźnie zasługują na to, żeby ich rabować, a Czesi "nawykli żyć z łupieży", choć robią dokładnie to samo, co polscy władcy, ukochani naszego kronikarza.

Warto wszakże prześledzić uważnie, czego autor poprzez tę powieść faktu uczy - bo to jej drugie dno. Przesłonięta wątkiem sensacyjnym typu Alistaira McLeana kryje się w tekście Galla Anonima inteligentna dydaktyka adresowana do władcy i jego otoczenia: chcesz być wielki, bądź jak Bolesław Chrobry. I zapamiętaj, co się pochwala we władcach, nawet takich, jak ci odrzuceni, jak Popiel czy Bolesław Śmiały.

Co ciekawe, modelem nie jest wcale frankijski król-świętość. To nie jest również pantokrator, przed którym padać należy plackiem na twarz. Żadnych tutaj tez w rodzaju "Król w organizmie królestwa jest na obraz i podobieństwo Boga". Ani, na odwrót, to nie żaden stoicko-ewangeliczny sługa wszystkich poddanych wedle Chrystusowego ideału. To model własny. Jak mamy prawo domniemywać - nie samego tylko kronikarza, ale i tych, co go do pracy zachęcali, co go w niej wspomagali, aż po współautorstwo narracji. Dlatego Michał, kanclerz i biskup, Awdaniec z rodu, przez samego autora wynoszony jako główny dawca informacji oraz idei, urasta w moim odczuciu do miary ojca - wraz z Gallem Anonimem - polskiej myśli politycznej.

Bolesław (Chrobry) "ozłocił Polskę swoją zacnością". Że to łupieżca, który "przez przeciąg dziesięciu miesięcy niestrudzenie przesyłał pieniądze do Polski" z Rusi i jeszcze potem do domu "powracał z resztą skarbów"? To Bóg tak nagradzał Bolesława, to On "udzielił królowi Bolesławowi tyle dzielności, potęgi i zwycięstw, ile w nim samym obaczył dobroci i sprawiedliwości wobec siebie i wobec ludzi".

Król równie sprawiedliwy dla biedaków, jak dla możnych, "tak pilnie rozważał sprawę biedaka, jak jakiego wielkiego dostojnika". Szanował mienie i pracę wieśniaków; nie dopuszczał do grabieży i gwałtów podczas przechodu swoich wojsk (o co najwyraźniej Krzywousty za bardzo nie dbał). I wreszcie mówi się wprost, że do swej sławy i godności "doszedł Bolesław tymi samymi cnotami - uwaga, uwaga! - które początkowo zapewniły wzrost potędze państwa rzymskiego". Możnaż jaśniej? Nie pada słowo "res publica", ale o jakimże innym "państwie rzymskim" tu może być mowa?

Nawet zły Popiel nie wstydził się iść jako władca w gości do wieśniaka. Słuchacz "Kroniki" powinien więc wstydzić się wyniosłości i pychy, które zgubiły Bolesława Śmiałego... I najważniejsza konsekwencja takiego stosunku do władzy: Gall Anonim czytelnikowi inteligentnemu przedstawia swego ukochanego władcę w całej jego grzeszności, ze wszystkimi głupstwami i paskudztwami, jakie ten władca zrobił i robi. To nie władca, do którego trzeba się modlić; to władca, który musi sam starać się o szacunek ze strony swoich poddanych.

A Gall Anonim mówi nawet, kiedy milczy. To nie Otto z Freising ani Gotfryd Malaterra, ani Lambert z Ardrów. Jest piekielnie inteligentny. Ale nie jego inteligencja dla mnie tu waży. Najbardziej frapuje mnie pytanie, skąd oni to wzięli? Skąd przywieźli? Gdzie uczono takich wyobrażeń o państwie i władzy? W Chartres, w Angers? Czy sami to wymyślili?

Poprzedzili o całe pokolenie Jana z Salisbury, urodzonego w roku 1120. Ten uczeń Abelarda i szartryjczyków napisał swój traktat, "Policraticus", dopiero w roku 1155. A więc...?

Jeśli trafnie wraz z polskimi uczonymi obliczamy datę urodzin naszego kronikarza na rok około 1065, w roku 1115 miałby koło pięćdziesiątki - na tyle jeszcze mało, by tryb życia uprawiać mało spokojny, na tyle dużo, by po 35 blisko latach od czasu nauk szkolnych pomylić Kleopatrę z Dydoną. "Kroniki" nie dokończył - w wierszowanym prologu do księgi trzeciej, streszczając ją, mówi o układach z cesarzem, o zawartym w roku 1115 "pokoju, przyjaźni i trwałym braterstwie", tymczasem tekst już o tych wydarzeniach nie opowiada. Nieporozumieniem jest sądzić, że Gall Anonim "przewidział" taki obrót spraw; autor więcej wie, niż my wiemy:

"Assignetur cum augusto pax et amicitia, Confirmetur, sicut decet, fraterna concordia".

Nawet nie znający łaciny zrozumieją wyrazy, które weszły do słowników wszystkich narodów europejskich. Podpisany został z "augustem" pokój i przyjaźń, potwierdzona, jak wypada, braterska zgoda. Potwierdzona - o czym już my wiemy, bo autor tego nie napisał - małżeństwem Bolesława Krzywoustego z księżniczką Salomeą von Bergen. Nic tu nie daje żadnej podstawy do przypuszczenia, że kronikarz to "przewidział". On to widział. Ale nie opisał. Cóż się więc z nim stało?

Nie pisał jednym tchem.

Pisał z przerwami. Jak łatwo obliczyć wedle dat ab quo i ad quem, w ciągu czterech lat. Sam zresztą zaznacza, że przerywał pracę. Mógł więc i tym razem odłożyć dalszy ciąg. Czy - umarł? Czy popadł w niełaskę? Czy wyjechał?

Umarł podczas pracy autora nad "Kroniką", prawdopodobnie w roku 1113, kanclerz Michał, biskup, jego przyjaciel i "współpracownik". Sędziwy arcybiskup Marcin nie mógłby już zająć się rozpowszechnieniem dzieła, angażować kopistów, tym bardziej wątpliwe, by wziął to na siebie wojewoda Skarbimir. Gdyby rzecz dyktował Gall Anonim w Lubiniu i tam zeszedł z tego świata, prawdopodobnie ktoś z miejscowych "literatów", czyli piśmiennych, uzupełniłby dzieło, zaznaczając, że niegodny uczeń, skromny skryba, dla chwały Bożej, z obowiązku wobec kraju i swego mistrza, podejmuje się zadania ponad swe siły. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Więc jeśli już umarł, to raczej nie w Lubiniu.

Wiemy, że obracał się autor "Kroniki" bardzo blisko samego władcy - mimo ewentualnej, którą dedukowano, zazdrości ludzi kancelarii Bolesława i innych osób na dworze. Same sygnały tej zazdrości każą się domyślać, że musiał być pod koniec swego dzieła doprawdy w bardzo dobrych z księciem stosunkach. Zwróćmy uwagę: pozwalał sobie na tony, które świadczą o dużej poufałości, pozwalał sobie na obiektywizm, za który inny, bardziej nerwowy władca obdarłby go ze skóry. Bo choć przymawiał się o jakąś nagrodę za swe dzieło, nie był lizusem - o czym przekonywająco wywodził już Paweł Jasienica. Ze znaczenia swego dzieła doskonale sobie zdawał sprawę i dał temu wyraz na początku swego tekstu.

Nie wyobrażam sobie, żeby władca, który umiał docenić Jakuba ze Żnina, nie potrafił odkryć mędrca w tym Franku. Ówcześni zaś władcy, jak podkreślałem, wynosili plebejuszy, którzy im wszystko mieli zawdzięczać i na których lojalność czy wierność można było liczyć, chętniej niż przedstawicieli rodów potężnych, w swej potędze rodowej niezależnych. Dlatego z tych łamów prosiłbym następców prof. Plezi, by zechcieli porównać stylistykę "Tempore illo" autorstwa Jakuba, plebejusza ze Żnina, ze stylistyką i maestrią łacińską plebejusza z Zachodu. Bowiem, jeśli nawet Jakub ze Żnina uczył się w szkole Ottona z Bambergu (o której za chwilę), to na pewno uczył się od Galla Anonima, którego znać musiał.

Myślę, że nasz bohater towarzyszył swemu księciu nie tylko w tajnych rozmowach z Kolomanem Uczonym. Kancelaria władcy nigdzie wtedy nie siedziała, przepraszam, na miejscu. Węgrzy uważali Fehervar za stołeczny, królewski, Szekes, tam leżał św. Stefan, ale kancelaria musiała po prostu jeździć z królem. Wiemy, że w ówczesnej Polsce w ogóle nie było jednej stolicy; były grody "stołeczne", aż parę dla dzielnicy, którą od Władysława Hermana otrzymał dany syn! Krakowski Wawel był grodem najkorzystniej położonym, najmniej zniszczonym, bezpiecznym, ale też to Wawel był Krakowem dla władców Polski, nie miasto samo. Itinerarium zaś Bolesława, dające się odtworzyć z "Kroniki", prawie pomija jakiekolwiek bytności księcia w Krakowie - i też Gall Anonim nie wie nic o przeszłości Wiślan. Z czego wnioskuję, że... autor "Kroniki" oglądał na własne oczy znacznie więcej, niż zwykliśmy domniemywać.

Opis sudeckiego starcia z Czechami to dla mnie wyraźnie

relacja naocznego świadka.

Ciąg jakichś pojedynczych, następujących po sobie wydarzeń można przy pewnym zmyśle krytycznym odtworzyć na podstawie cudzych relacji dość wiernie, ale żeby tak plastycznie przedstawić jednoczesne działania w różnych punktach pola operacji wojennych, trzeba być przy tym. Spędziwszy lata na studiach dziejów wojskowości wiem, że opis działań wojennych, pochodzący z drugiej ręki, zawsze da się gdzieś uchwycić na jakichś mimowolnych sprzecznościach wewnętrznych. I nie miejmy za złe autorowi "Kroniki", że Sudety wydawały mu się groźniejsze od Alp. To czyni więcej niż pewnym, że Alpy wysokie Gall Anonim znał wyłącznie z lektury starożytnych i nawet ich sobie nie wyobrażał. Te zaś Alpy, którymi doliną Royi przechodzono z Prowansji do Turynu, nie są wyższe od Sudetów, wierzchołek Tende nad nią sięga 1870 m; odległy o 10 km na zachód Mont Clapier, 3045 m, też nie robi mocniejszego wrażenia.

Jeśli nasz bohater podnosił zacność i wielkoduszność księcia, nie był marginesową postacią jego dworu. Był kimś blisko niego i Bolesław musiał wiedzieć o dziele, sobie poświęconym, którego miał słuchać, tłumaczonego mu przez lektorów niekoniecznie autorowi przyjaznych. Sam raczej, w odróżnieniu od swego dziadka i jego siostry, nie czytał, ani też po łacinie pisać nie umiał. W każdym razie nie ma śladu po tym ani w "Kronice", ani w innych materialnych pozostałościach epoki. Zapewne łacinę rozumiał, skoro można mu było "Kronikę" poświęcić, a trudno, by z Kolomanem rozmawiał po polsku (chyba że to właśnie Gall Anonim, znający węgierski, służył im za tłumacza).

Rogerowi, księciu Sycylii, mecenasowi uczonych, dedykowaną mu kronikę trzeba było tłumaczyć, a i nasz autor prosi ludzi z kancelarii książęcej, by potwierdzili, że jego "dzieło powinno być na głos tłumaczone"! Ale też samo pisanie i czytanie łaciny było odrębną, wysoce zawodową specjalnością, pisano wszak często skrótami na pół stenograficznymi, czytelnymi tylko dla znawców, zwała się ta sztuka tachygrafią, a znaki - "notami Seneki" (bardzo stara była owa prastenografia); w każdym razie sama znajomość alfabetu bynajmniej nie wystarczała. Dzisiaj nadal paleografia należy do sztuk najwyższego wtajemniczenia, bo nie zastąpiliśmy jej czytnikami i oprogramowaniem podającym różne możliwe lekcje wczytywanych tekstów.

Raczej więc to autor "Kroniki" nauczył się po polsku - jak i Otton z Bambergu; ten z końcem XI wieku prowadził szkołę, najprawdopodobniej - w Gnieźnie, do której "rycerze i możni tego kraju na wyścigi oddawali na naukę swoich synów". Bolesław sprowadzał zakony, w późniejszym czasie - głównie premonstratensów, dla nauczania i wychowania swych poddanych. Był władcą kompetentnym, choć jak tylu mu współczesnych - zabijaką i grabieżcą zarazem. Czytamy w nim chytrość polityka, ale i rzadką zdolność demonstracyjnego przyznania się do błędu, właściwą szczeremu chrześcijaninowi (bo na pewno nie politykowi). Od nauki miał innych.

Potrafił cenić wykształcenie - to przecież on zrobi arcybiskupem gnieźnieńskim Jakuba ze Żnina, umysłowość wybitną pod każdym względem, i w roli administratora, i w roli muzyka (Jakubowi przypisuje się sławny pierwszy chorał polski "Magna voce laus sonora"). Jednym z takich ludzi był i autor "Kroniki". Nic nie sugeruje, że spotkała go niełaska; upadek sympatycznego mu Skarbimira to czas późniejszy; przerwał więc "Kronikę" z jakichś innych powodów.

Możliwe warianty "dalszego ciągu" są różne. Pierwszy, że po prostu - umarł. Drugi - że nasz anonimowy Frank pozostał w Polsce, ale obciążony nowymi zadaniami, i należałoby go szukać wśród biskupów, którzy objęli swoje diecezje w latach 1115-1117. W połowie tego dziesięciolecia Bolesław Krzywousty powołał nowe biskupstwo - w Kruszwicy, dla nowo zdobytego Pomorza nadwiślańskiego, czy ten biskup to nie on, Gall Anonim? Zwłaszcza że bazą nowej diecezji był tamtejszy konwent benedyktynów?

Być może pojechał w roku 1115, co też prawdopodobne, już po zawarciu pokoju z cesarzem, w jakimś poselstwie lub jako wysłannik z darami księcia do St. Gilles - gdzie przy okazji sam przekazał swoją "Kronikę". I może tam został. I tam umarł. Wiemy, że pisał nie tylko dla krajowych słuchaczy: krajowym słuchaczom nie musiałby tłumaczyć, że Gnezdun, czyli Gniezno, pochodzi od gniazda, a "situlae" to po polsku "cebry". I najpewniej sam starał się, żeby jego pracę przepisywano, żeby

trafiła na Zachód.

Jest wszakże jeden jeszcze możliwy wariant rozwoju wydarzeń, który - przy okazji - tłumaczyłby zatratę oryginału "Gesta Ungarorum". Wiemy, że na dworze Bolesława Krzywoustego od lat przebywał młodszy brat Kolomana Uczonego (nie stryjeczny, a rodzony) Almos (czyt. Olmusz). I to nie sam, lecz ze swoim małym, urodzonym po roku 1106 synkiem, Belą. "Wygnanym z Węgier", jak notuje Gall Anonim, opiekował się Bolesław "z obowiązku gościnności". Choć nie sama chyba gościnność kazała Bolesławowi dbać o Almusa: szachował nim Kolomana, czego najlepszym dowodem jest następne po informacji o tej gościnności zdanie - z wtrąconym niewinnie, a znamiennym, odsłaniającym wszystko "tamen", "jednak":

"Później JEDNAK, wymieniwszy między sobą dalsze poselstwa, zjechali się razem i utwierdziwszy wieczyste braterstwo i przyjaźń rozjechali się".

Było to w roku 1105 lub 1106. Kiedy potem cesarz w roku 1108 zaatakował Węgry, Bolesław dla wsparcia Kolomana uderzył na Czechy. Po latach jednak, dogadawszy się z cesarzem, zmienił front, zaś Almos okazał się praktycznym dla nowych planów instrumentem.

Koloman, też zdobywca, grabieżca i okrutnik, jak wtedy wszyscy, był mężem stanu. Przerastał naszego zabijakę o klasę. Nie tylko wykształcony, namiętny czytelnik ksiąg, ale i - reformator. Uporządkował swoje finanse, kazał spisywać prawa, a w tych prawach kładziono większy nacisk na zeznania świadków, niż na przysięgi oczyszczające (to prawdopodobnie wpływ spisującego owe prawa Alberyka!), zakazano procesów czarownic.

Oczywiście, argumentować można, że spisanie praw chroni słabszych przed silniejszymi, dowodzi więc głębokich podziałów społecznych, na które prawa zwyczajowe były już za słabe. Być może ciągle jeszcze aktualny podział etniczny między żywiołem słowiańskim, słabszym, a Madziarami jako panami kraju, skłaniał i św. Stefana wcześniej, i potem Kolomana, do zabiegów o stabilność państwa - właśnie poprzez stanowienie praw. Ale ja myślę, że Koloman dzięki swym zainteresowaniom bliżej był cywilizacji. Porozumiał się z papieżem Paschalisem dla zdobycia jego poparcia przeciw Henrykowi V i w roku 1106 zrzekł się prawa inwestytury na korzyść kapituł katedralnych, które wybierały od tej pory biskupów; włączał się tym samym w główny nurt historii ówczesnej Europy. Bolesław do tego chyba nie dorósł. Wziął potem udział w intrydze - podobno - Henryka V przeciw Kolomanowi. W intrydze niezbyt inteligentnej, nawet z ówczesnego, nie dzisiejszego polskiego punktu widzenia.

Miał Almosa. I zapewne uśmiechało się Bolesławowi osadzić na tronie węgierskim władcę mówiącego po polsku. Bolesławowi, nie Henrykowi. To była jego intryga, nie Henryka V. Bez niego nie doszłaby w ogóle do skutku - wprawdzie cesarz wziął był chwilowo górę nad Paschalisem II i ten ukoronował go cesarzem w roku 1112, ale w roku 1115 Henryk V nie mógł sobie poradzić z własnymi wielkimi panami Niemiec! Buntownikom przewodził książę saski, zarazem - margrabia Miśni i Łużyc, Lotar z Supplinburga; zadali tegoż roku Henrykowi V dotkliwą porażkę w bitwie koło Mansfeldu, dlatego tak chętnie przystał on na zgodę z Krzywoustym.

To Krzywousty wyprawił Almosa z małym synkiem na Węgry. Arpadowie nie stosowali zasady primogenitury, władzę brał, kto silniejszy. Tym razem silniejszy okazał się - Koloman. Schwytawszy brata, postąpił z nim, jak Bolesław ze swoim bratem, Zbigniewem - kazał go oślepić. Kazał oślepić i małego synka Almosa, Belę... Jedna tylko różnica: Zbigniew zmarł po tej egzekucji, mały Bela przeżył. I jego, Belę Ślepego, wyznaczy później swym następcą syn Kolomana, Stefan II.

Być może podczas tej zawieruchy zginął i nasz kronikarz. W "Kronice" nie ma nic o śmierci Kolomana w roku 1116. Nie ma też nic o intrydze przeciw niemu, ani - tym bardziej - o ekspedycji Almosa.

Czy Almos nie wyprawił się na Węgry z własnej inicjatywy? To, w świetle tego, co wiemy o Bolesławie, po prostu niemożliwe. Koloman miał syna, któremu jako Stefanowi II chciał przekazać i przekazał władzę. Bez Bolesława do ekspedycji Almosa by nie doszło, skąd zresztą mówiłoby się o intrydze Henryka V? Może autor "Kroniki", znawca Węgier i przyjaciel, ruszył tam, żeby mediować między braćmi? To niewykluczone. Wojen domowych autor "Kroniki" nie akceptował. Jeśli jednak wyruszył w orszaku Almosa, mógł skończyć tragicznie. Jak i "Gesta Ungarorum". Chyba, że go odnajdziemy jako jednego z ważnych biskupów w państwie Stefana II. Bo i tego bym nie wykluczał...

Tak czy inaczej, żywię jakieś podświadome uczucie, że mamy go gdzieś dosłownie w zasięgu ręki. Że stoi tuż za drzwiami, których nie umiemy na razie otworzyć.

Stefan Bratkowski

09.05.1998

Star Trek
"Black Afgan" wycieczka Hiszpania!
Błękitna perła
GMAIL
Jak sprawić żeby test nie wykrył?
mini box i pytanie..
Marihuana a społeczeństwo
  • gra barbi pl
  • domy;z;bali;okraglych;projekty
  • problem cryssis
  • mala chinka kaja paschalska
  • chlodnica;pa66;gf30;england
  • Spis wypowiedzi z for internetowych • Indeks